Dobre słowa

Jest taki czas, który prowokuje do zatrzymywania ostrych słów. Do ich ważenia i przesiewania, trochę tak, jak się szuka czerpakiem grudek złota w wartkim potoku. 

Na co dzień zdaję się nie ważyć słów pod kątem ich zdolności do absorpcji światła. Liczy się precyzja, obrazowość, racja i celność. A celność często oznacza trafienie w czuły punkt. Nie zawsze – problemu, czasem – w czuły punkt interlokutora. A to rozpala żar, który łatwo może stać się pożarem, pożogą, a na końcu tylko jednym – pogorzeliskiem. Na którym owszem, można wbić flagę z emblematem „miałem rację”, tyle że nie ma to już sensu. 

Długa, cicha noc inspiruje do Ciszy, w której może się zacząć rodzić światło. 

Nie rozumiem tych, którzy w tych dniach wypuszczają strzały raniących słów niczym języki ognia. Tak, te noce z końca grudnia są najciemniejsze. Ale jest to też czas, kiedy Słowo staje się Światłem i przywraca nas do życia. 

Dlatego milczę. Spoza tarczy milczenia odpowiadam tylko dobrym słowem. Boże słów narodzenie? Być może. 

A gdyby tak przenieść tę wstrzemięźliwość na inne, kolejne dni?

Przecież szukanie dobrych słów to jak praca poszukiwacza złota. Tylko iskrzące się wśród innych przepłukiwanych kamieni złote samorodki wzbudzają radość szukającego i mają wartość. Czy widział ktoś, żeby szukający złota z entuzjazmem wołał pochylony nad sitkiem: „O! Znalazłem g*wno osła!”?

W ostatecznym rozrachunku nie liczy się to, ile potyczek słownych wygramy, ilu rozmówców pokonamy argumentami, perswazją czy kunsztem retorycznym i w końcu dowiedziemy swojej racji. Liczy się to, ile dobra pozostawimy na swojej drodze. 

Dlatego Słowo, które staje się Światłem, rodzi się w Ciszy. Żeby nie zabijać, ale dawać życie

. 

Najlepszy czas na zmianę

Jeśli żałujesz, że do tej pory czegoś nie zrobiłeś, nie podjąłeś decyzji, nie wprowadziłeś zmian, to… normalne.

Są dwa najlepsze terminy, kiedy powinieneś tę zmianę przeprowadzić. Kiedy ja powinienem to zrobić.

Jeden z nich już bezpowrotnie minął. Może to było dziesięć lat temu, może trzy miesiące, może przed tygodniem. Ale jest też drugi najlepszy termin, w sumie niewiele gorszy od pierwszego. Dzisiaj.

Kiedy to zrozumiałem, stało się też dla mnie jasne, że zmiana nie może być powierzchowna. Powinna być konsekwentna, odważna i – nieodwracalna. Jak spalenie pomostu, który łączy statek z nabrzeżem. Wtedy już wiadomo, że nie ma odwrotu, trzeba wypłynąć. Nawet jeśli jeszcze nie mam wszystkiego, co chciałem mieć na pokładzie, to nieważne. Już za długo tkwiłem w porcie. Na pewno można by znów wiele miesięcy spędzić na kompletowaniu sprzętu, załogi, na aktualizacji map, sprawdzaniu pogody. Jednak – czas nieubłaganie płynie. Poza tym na pokładzie zawsze jest mniej miejsca niż chciałoby się go wykorzystać. Biorę to, co mam. W najbliższym porcie wymienię albo uzupełnię braki. Ale dopiero płynąc, tak naprawdę będę mógł sprawdzić, czego brakuje najbardziej, a co jest zbędnym balastem.

Jutro mogę uzupełniać. Dzisiaj mogę rezygnować. Wyrzucać za burtę, puszczać z wiatrem, powierzać falom. To jeszcze trudniejsze niż tworzenie listy do uzupełnienia.

Wiele czasu zajęło mi przyswojenie tej prawdy, że jeśli mam jakiś cel, to nie tylko muszę zrezygnować z tego, co mi przeszkadza w jego osiągnięciu. Powinienem też zostawić to, co mi pomaga, ale za mało. I to drugie jest o wiele trudniejsze. To, co nie pomaga za bardzo, potrafi dociążyć luki bagażowe o wiele mocniej niż to, co ewidentnie przeszkadza.

Jeśli nie mam pod ręką piaskowca, zacznę budować z piasku. Dzięki temu chociażby zobaczę kształt i proporcje tego, co chcę stworzyć. Jeśli nie mam dźwigu – dźwignę rękami. Poczuję ciężar i będę wiedział, na ile starczy mi sił i kiedy pomoc okaże się niezbędna. Na dzisiaj piasek i ręka pomagają tak, jak trzeba.

Tak, pora zrzucić balast, żeby zamiast o dno zacząć szorować o chmury.

Zostawić to, co przeszkadza. I to, co pomaga za słabo. Dzisiaj.

Fale niepokoju

Wokoło wzbierają fale niepokoju. Wieszczenie apokalipsy miesza się z uspokajającym letargiem i oczekiwaniem, że jakoś to będzie, jakoś to przejdzie. I jedno, i drugie to mrzonki. Apokalipsa się dzieje w nas a my rozlewamy wokół siebie albo spokój i energię do działania albo zwątpienie i pozorowane ruchy wzmagające pełzającą panikę.
Zmienić optykę. Zamienić mikroskop na lunetę. Wypłynąć na szerokie niebieskie wody, na których jedynymi przeszkodami szorującymi o burty będą obłoki.

Ucieczka nie do przodu – tylko w górę. Zamiast podnosić ręce – podnieśmy żagle.

Arka Noego – under construction…

Budowanie Arki nie jest wydarzeniem historycznym. Jest „stanem umysłu”, gotowością do ciągłego chronienia wartości, które są dla nas ważne, odnajdywania okruchów dobra w najmniej oczywistych miejscach i wypływania na nieznane wody bez strachu i oczekiwań, że lepiej przetrwać potop w oblężonej twierdzy.

Zaczynamy budowanie. Deska po desce.

Miejcie się dobrze. Morza nieba nad głową 🙂

-Kapitan Noe