Jest taki czas, który prowokuje do zatrzymywania ostrych słów. Do ich ważenia i przesiewania, trochę tak, jak się szuka czerpakiem grudek złota w wartkim potoku.
Na co dzień zdaję się nie ważyć słów pod kątem ich zdolności do absorpcji światła. Liczy się precyzja, obrazowość, racja i celność. A celność często oznacza trafienie w czuły punkt. Nie zawsze – problemu, czasem – w czuły punkt interlokutora. A to rozpala żar, który łatwo może stać się pożarem, pożogą, a na końcu tylko jednym – pogorzeliskiem. Na którym owszem, można wbić flagę z emblematem „miałem rację”, tyle że nie ma to już sensu.
Długa, cicha noc inspiruje do Ciszy, w której może się zacząć rodzić światło.
Nie rozumiem tych, którzy w tych dniach wypuszczają strzały raniących słów niczym języki ognia. Tak, te noce z końca grudnia są najciemniejsze. Ale jest to też czas, kiedy Słowo staje się Światłem i przywraca nas do życia.
Dlatego milczę. Spoza tarczy milczenia odpowiadam tylko dobrym słowem. Boże słów narodzenie? Być może.
A gdyby tak przenieść tę wstrzemięźliwość na inne, kolejne dni?
Przecież szukanie dobrych słów to jak praca poszukiwacza złota. Tylko iskrzące się wśród innych przepłukiwanych kamieni złote samorodki wzbudzają radość szukającego i mają wartość. Czy widział ktoś, żeby szukający złota z entuzjazmem wołał pochylony nad sitkiem: „O! Znalazłem g*wno osła!”?
W ostatecznym rozrachunku nie liczy się to, ile potyczek słownych wygramy, ilu rozmówców pokonamy argumentami, perswazją czy kunsztem retorycznym i w końcu dowiedziemy swojej racji. Liczy się to, ile dobra pozostawimy na swojej drodze.
Dlatego Słowo, które staje się Światłem, rodzi się w Ciszy. Żeby nie zabijać, ale dawać życie

